Stephen King: „Danse macabre”||Inspiracje króla horroru

danse-bl

Stephena Kinga zwykło się określać mianem króla horroru. Korona za tę gałąź literatury należy mu się niezaprzeczalnie choćby z tego powodu, że ma na swoim koncie pokaźny dorobek dzieł o tematyce z obszaru grozy. A co istotne, wciąż nie zwalnia tempa. Jego czytelnicy mogą liczyć na to, że co roku ich biblioteczka powiększy się o jedną czy dwie powieści ulubionego autora. Ktoś, kto dopiero zaczyna przygodę z amerykańskim pisarzem, a chce przeczytać wszystkie jego dzieła, staje przed nie lada wyzwaniem. Listę lektur na najbliższe miesiące, czy nawet lata, ma już zapewnioną. Liczyć może także na różnorodność. Autor bowiem nie tylko tworzy w gatunku przez siebie ulubionym, ale czasami flirtuje z powieścią psychologiczną, czy jak ostatnio, detektywistyczną. Jeśli natomiast chodzi o literaturę grozy, to dość twórczo przekształca ograne motywy charakterystyczne dla tej literatury. A że akcję osadza w czasach mu współczesnych, to z jego powieści wyklarowuje się także ciekawy obraz Ameryki. Nie ma się jednak czemu dziwić. Wystarczy sięgnąć po książkę „Danse macabre”, by przekonać się, że wiedza Kinga na temat filmu i literatury grozy jest ogromna. A autor z taką wiedzą raczej nie powinien mieć problemu z używaniem, i ich twórczym przekształcaniem, motywów charakterystycznych dla literatury grozy. Czytaj dalej

Reklamy

Stephen King: „Lśnienie”||Szaleństwo i zjawiska nadprzyrodzone

lsnieniebl

Historię Danny’ego Torrance’a poznałam w porządku odwrotnym. To znaczy najpierw poznałam powieść „Doktor Sen”, którą King napisał niespełna kilka lat temu, a dopiero teraz sięgnęłam po „Lśnienie”. Oczywiście znałam film Stanleya Kubricka, ale zważywszy na fakt, że reżyser nie trzymał się ściśle fabuły wymyślonej przez Kinga, czytanie „Lśnienia” było mimo wszystko poznawaniem czegoś nowego. I kiedy teraz zestawiam ze sobą powieść „Doktor Sen” i „Lśnienie”, to muszę przyznać, że to zestawienie gra raczej na niekorzyść drugiej części losów Danny’ego Torrance’a. Niemniej recenzja dotyczy „Lśnienia”, więc na nim się skupmy. Czytaj dalej