Zygmunt Miłoszewski: „Gniew”||Złośliwe zakończenie trylogii z Szackim

gniew bl

Trylogię z siwym prokuratorem miałam na swojej półce już od kilku lat. Najpierw przeczytałam „Ziarno prawdy” – z racji lokalizacji, która była mi najbliższa geograficznie, niedawno sięgnęłam po „Uwikłanie”, a teraz nadeszła pora na ostatnią część i pożegnanie się z bohaterem, który trochę irytował w pierwszej części, zachwycał w drugiej, w trzeciej ostatecznie odszedł iście po angielsku. Abstrahując jednak od zakończenia, o którym obszerniej będzie dalej, „Gniew” to znakomita powieść, znakomite zwieńczenie trylogii, a samemu Miłoszewskiemu wypada tylko pozazdrościć pióra.

Ale nie tylko pióra. Mimo że tematyka „Gniewu” jest poważna, książka skrzy się humorem i nie raz przerzucałam strony z szerokim uśmiechem na ustach. Wypada więc Miłoszewskiemu pozazdrościć również poczucia humoru oraz umiejętności operowania nim przy konstrukcji postaci, przedstawianiu przestrzeni etc. Autor ma czujne oko (wszystkie zmysły?) jeśli chodzi o wyłapywanie absurdów, punktowanie ich, i umieszczanie na kartach powieści. „Gniew” to przecudowna galeria postaci, które czasem pojawią się tylko na chwilę, ale w pamięci czytelnika pozostają już na zawsze. Dzieje się tak, gdyż pisarz obdarza je zawsze innymi, charakterystycznymi cechami i właściwie to one wrywają się w czytelniczy mózg tak, że nie ma możliwości ich zatarcia. Czasem tą cechą bywa nazwisko (nigdy nie zapomnę postaci o nazwisku Szcząchor), innym razem specyficzny sposób bycia (profiler, którego czytelnik miał już przyjemność poznać w „Ziarnie prawdy”). Pisanie to czasami trudny proces, więc nie użyję stwierdzenia, że pisarz musiał mieć niezły ubaw podczas pisania, wymyślania postaci, z których sam, stukając w klawiaturę, się podśmiewywał. Ale takie właśnie wrażenie osiągnął. Czytając, zdaje się nam, że Miłoszewski ubaw miał i swojej wyobraźni w ogóle nie poskramiał.

Jak wspomniałam, tematyka jest poważna. Autor oprócz humoru, wie jak uderzać w struny społecznych problemów. W „Gniewie” dotyka problemu przemocy domowej. Ale nie jest to zaledwie wskazanie, że taki problem istnieje. Miłoszewski może nie analizuje go dogłębnie, ale pokazuje, że często nawet jeśli ofiara przemocy próbuje go rozwiązać, natrafia na mur ze strony obrońców prawa. Wcześniej jej krzyk, mimo że czasem słyszalny, jest bagatelizowany przez sąsiadów, osoby, które mogłyby zareagować, ale nie robią tego, bo nie chcą się wtrącać, bo to nie ich sprawa – lista wymówek jest długa, a autor punktuje wszystkie konsekwentnie.

Ponadto „Gniew” to rasowy kryminał. Intryga została zaopatrzona w zwroty akcji, ślepe tropy, rzucanie czytelnikowi pod nogi mylnych wskazówek i aluzji (niemal wszystkie kobiety w „Gniewie” noszą czarne włosy). Jestem jak najbardziej na tak.

Na „nie” jest jednak według mnie zakończenie. To nie jest ten typ finału, po którym czytelnik zbiera szczękę z podłogi, a inny autor zazdrości finezji, pomysłu etc. Naprawdę. Nigdy nie zapomnę zakończenia na przykład filmu „Chinatown” czy Altmanowskiej ekranizacji „Długiego pożegnania”, gdzie reżyser nieco poprawił Chandlera. Tam jest kropka nad i, jest pomysł, nie ma igrania z czytelnikiem, który musi się domyślać, czy autor ukrył za zakończeniem jakiś większy sens, czy po prostu zrobił psikusa, albo nie miał na nie tak naprawdę właściwego pomysłu. Zakończenie „Gniewu” należy dla mnie do tych, w których zostawiamy bohatera z pistoletem przyłożonym do skroni i musimy się zastanawiać, czy strzeli, czy nie (i tu zaczynamy cofać się wstecz fabuły, czy przypadkiem nie umknął nam jakiś szczegół, który byłby za pierwszą lub drugą tezą). To prawda, zakończenie „Gniewu” należy do tych, o których się potem dyskutuje, wysnuwa hipotezy, ale dla mnie jest po prostu nie fair. Zakończenie „Gniewu” jest nieuczciwe również dlatego, że autor zastrzega się, że kolejnej części nie napisze, a furtkę zostawił sobie, że hej (że tak powiem). Z warsztatowego punktu widzenia takie zakończenia są prostsze, a Miłoszewskiego z pewnością stać na więcej. I choćby dlatego powinien napisać kolejną część. Nie wiem czy to zamierzone, ale „Gniew” właściwe jest książką z ostrzeżeniem w tytule – bo zeźlonych zakończeniem było i pewnie jeszcze będzie wielu czytelników. Aż dziw, że żaden psychofan lub psychofanka, nie uwięziło autora, niczym jednego z bohaterów powieści Kinga, i po prostu nie zmusiło go do napisania kontynuacji. Czego oczywiście autorowi nie życzę. Każdemu przyszłemu czytelnikowi „Gniewu” na wszelki wypadek sugeruję natomiast mieć przy zakończeniu pod ręką kubek melisy lub innego płynu uspokajającego. Na wszelki wypadek, bo z pewnością będą tacy, którym zakończenie przypadnie do gustu. Ja jednak w tym wypadku stoję po drugiej stronie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s