Agnieszka Płoszaj: „Czarodziejka”||Gdzie znikają niechciane dzieci

płoszaj bl

Zanim przeczytałam „Czarodziejkę” Agnieszki Płoszaj, sięgnęłam po „Lampiony” Katarzyny Bondy. Obie książki łączy to samo miejsce akcji. Zarówno debiutantka, jak i pisarka o ugruntowanej literackiej pozycji, miejscem zdarzeń uczyniły Łódź. Pomyślałam więc, że będzie to ciekawe doświadczenie literackie, tj. zobaczyć Łódź oczami obu autorek. Zwłaszcza, że nigdy w tym mieście nie byłam. Doświadczenie miało być o tyle ciekawe, że Łódź w obu tych książkach opisywana jest z dwóch perspektyw. Agnieszka Płoszaj to rodowita łodzianka. Katarzyna Bonda natomiast obecnie mieszka w Warszawie. Fakt ten nie obył się bez znaczenia dla fabuły obu książek. W „Lampionach” mamy więc perspektywę z zewnątrz – pretekstem do jej zastosowania jest wysłanie głównej bohaterki, Saszy Załuskiej, do prowadzenia śledztwa w Łodzi; w „Czarodziejce” natomiast mamy bohaterki od urodzenia w Łodzi mieszkające. Wspaniale, prawda? Można sądzić, że po lekturze obu książek moja wiedza o Łodzi znacznie się poszerzy. Ale czy faktycznie tak się stało?

Jak wspomniałam, najpierw sięgnęłam po „Lampiony”. Uznałam, że taka kolejność będzie najwłaściwsza. W pierwszej kolejności bowiem chciałam doświadczyć tej perspektywy z zewnątrz, a potem sięgnąć po obraz z wewnątrz. Jaki był efekt końcowy? Katarzyna Bonda, mimo że nie jest rodowitą łodzianką, pokazała mi Łódź w sposób niezwykle wielowymiarowy. Z jej powieści miasto wyłania się jako miejsce wielu kontrastów: z jednej strony stare kamienice, z drugiej nowoczesne osiedla, świat artystów i mroczny półświatek, blask bijący niczym od tytułowych lampionów i mrok ludzkich dramatów… Wymieniać można długo. Pięknie także odnosi się do niefortunnych słów Lindy o łódzkich menelach. Bonda drąży, szuka odpowiedzi na pytania dotyczącego tego, co doprowadziło, że miasto stało się tym, czym jest teraz. „Lampiony” to świetna opowieść o mieście, która nie tylko dała mi obraz Łodzi, ale także dzięki niej Bonda udowadnia mi, że jest pisarką z solidnym warsztatem, pisarką przez duże P.

Jak natomiast sprawa się ma z „Czarodziejką”? Jeśli chodzi o obraz miasta, to liczyłam na coś więcej. Łódź natomiast opisana jest tu w sposób szczątkowy i tak naprawdę historia obyczajowo-kryminalna, którą opowiada nam autorka, mogłaby zostać umieszczona wszędzie. Na próżno szukać tu klimatu jaki w „Lampionach” stworzyła Bonda. Łódź w „Czarodziejce” to po prostu duże miasto jakich w Polsce wiele. Trudno tu doszukać się jakiegoś charakterystycznego miejskiego rysu, który utkwiłby mi w głowie i po skończonej lekturze mogłabym powiedzieć: tak, już wiem, czym różni się Łódź (albo jaki ma rys wspólny) na tle innych dużych Polskich miast.

Ale, ale… Moje oczekiwania, a intencje autorki, to dwie różne sprawy. To normalne, że czytelnik biorąc do ręki dany tytuł, czytając opis wydawcy, rzucając okiem na gatunek, jakim została określona książka etc., może mieć pewne oczekiwania co do lektury książki. Co po lekturze może zrobić? Oczywiście odrzucić książkę i stwierdzić, że nie spełniła jego oczekiwań, jeśli tak się stało. Osobiście uważam, że jest to podejście zupełnie niedojrzałe. Miałabym odrzucić „Czarodziejkę” tylko dlatego, że nie okazała się opowieścią o mieście, na jaką liczyłam, i zupełnie nie zwrócić uwagi na jej inne walory? Oczywiście, że nie.

Jaką więc książką jest „Czarodziejka”? To przede wszystkim kryminał z mocno rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Jeśli miałabym umieścić ją w jakimś literackim kontekście, to najbliżej jej do książek takich autorek jak: Katarzyna Puzyńska, Olga Rudnicka (tę z kolei czasem porównuje się do Joanny Chmielewskiej) i być może Camilla Lackberg (piszę być może, ponieważ nie znam żadnej książki tej autorki, ale Agnieszka Płoszaj, tak przynajmniej wywnioskowałam z jej wypowiedzi, ceni tę autorkę i być może się nią inspiruje). Mamy więc w „Czarodziejce” policjantów, którzy na myśl przywodzą mi właśnie bohaterów sagi Puzyńskiej, oraz kobiece bohaterki, które kojarzą mi się z postaciami z książek Rudnickiej. Mania to postać niemal żywcem wyjęta z kawałów o blondynkach. Myślę, że czytelnik może na nią reagować w dwojaki sposób: albo bohaterka będzie go denerwować do granic wytrzymałości (także faktem, że autorka w ten sposób powiela krzywdzący stereotyp blondynki z kawału), albo z uśmiechem śledzić jej perypetie, traktując tę postać jako przerywnik humorystyczny. Bardziej charakterna, w sensie zadziorna, jest jej przyjaciółka Julia. Tu także reakcje mogą być dwojakie: irytacja, albo uśmiech nad bohaterką, która przez swój trudny charakter niejednokrotnie pakuje się w różne kłopoty.

Właściwie „Czarodziejka” to trochę komedia kryminalna. Choć z drugiej strony to także czytelnik zadecyduje, czy śmieszyć go będą babskie szczebiotania nad kieliszkiem wina, szczebiotania dotyczące facetów, diet (jedna z bohaterek się ciągle odchudza, lecz z marnym skutkiem), trzepotanie wytuszowanymi rzęsami i babskie całuski w pociągnięte pomadką usteczka, czy wręcz przeciwnie, tj. będzie to dla niego irytujące, a może i stereotypowe. Być może znajdzie się i taki czytelnik, który w całym tym trzepocie dostrzeże właśnie obśmianie takich zachowań.

Wreszcie, mamy tu przecież i zagadkę kryminalną, a ta jest już dosyć poważna, bo dotyczy problemu niechcianych dzieci. Zarysowana jest intrygująco, podobnie jak odkrywanie kart dotyczących tajemnic Julii, że tak jeszcze nawiążę do jednej z bohaterek. Mroczna tajemnica z przeszłości równoważy nieco komediowy charakter książki i jej początek wypada naprawdę dobrze.

W tym miejscu zwykle piszę, czy książkę polecam i czy czekam na kolejne części. Tym razem zrobię jednak inaczej, własną opinię zostawiając dla siebie. Myślę, że opisawszy i umieściwszy „Czarodziejkę” w odpowiednim kontekście, dałam czytelnikowi jasno do zrozumienia, czego po debiucie Agnieszki Płoszaj może się spodziewać i sam podejmie decyzję czy sięgnąć po książkę, czy nie. A że wielu sięgnie i że „Czarodziejka” uzyska grono wielu wielbicieli, tego autorka może być pewna.

Na koniec mam jednak uwagi dotyczące dialogów. „Czarodziejka” to chyba jedyna książka jaką przeczytałam, gdzie dialogi naszpikowane zostały taką ilością wielokropków. Z jednej strony to zrozumiałe, jeśli weźmie się cechy poszczególnych bohaterek: mówienie urywanymi zdaniami doskonale oddaje ich emocjonalne charaktery, ale nie zawsze wielokropek został użyty właśnie w tej funkcji. Nawet nie w funkcji, w której się go zwykle używa, kiedy ma po nim nastąpić nieoczekiwane słowo. Po prostu są momenty, kiedy ten wielokropek jest najzwyczajniej zbędny. Można się też zastanowić, czy użycie takiego języka zawsze jest uzasadnione. Jak i słów typu „znaczy”, „nie?” (przy postaci z łódzkiego półświatka wypada to świetnie, dodaje kolorytu, ale gdy niemal każdy bohater kończy często swoją wypowiedź słówkiem „nie?”, to jest to już rzecz co najmniej do zastanowienia podczas poprawek redaktorsko-korektorskich). W każdym razie mnie „Czarodziejka” zmusiła do poczytania sobie na temat użycia wielokropków, za co jestem wdzięczna, bo od tej pory będę go używać jeszcze bardziej świadomie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s