Raymond Chandler: „Kłopoty to moja specjalność”||Cztery opowiadania Raymonda Chandlera

ray-bl

Raymond Chandler, klasyk czarnego kryminału, ma na swoim koncie nie tylko powieści, ale także opowiadania, których suma szacuje się na kilkadziesiąt. Są to teksty z reguły dłuższe, toteż podobnie jak w przypadku powieści możemy w nich podziwiać styl i klimat Chandlerowskiej prozy, gdyż ukazany został w pełnej krasie. Mamy tu bowiem wszystko to, za co uwielbia się Chandlera: brudne miejsca Los Angeles, podejrzane speluny, w których leje się alkohol, piękne, tajemnicze i groźne kobiety, mężczyzn z rewolwerami. A nade wszystko mamy w nich Philipa Marlowe’a – prywatnego detektywa działającego według tylko sobie znanych zasad jeśli chodzi o prowadzenie śledztwa. Uzbrojony nie tylko w rewolwer, ale także w ironię (nie brakuje mu także autoironii) rusza w miasto, które również staje się bohaterem opowiadanej historii.

„Kłopoty to moja specjalność” – taki tytuł nosi zbiór opowiadań, o którym mowa. Tytuł odnosi się do pierwszego opowiadania w zbiorze. W sumie jest ich cztery. W wydaniu, które ja posiadam. A jest to wydanie z roku 1977. Opowiadania ukazały się nakładem wydawnictwa Czytelnik w serii „z Jamnikiem”. Pozycja pochodzi z czasów, kiedy w serii „z Jamnikiem” ukazywała się nie tylko literatura kryminalna. Ze znakiem jamnika ukazywała się wówczas szeroko pojęta literatura popularna, a na wyodrębnienie powieści kryminalnych na okładce dodawano rewolwer. Warto także dodać, że okładki nie były jeszcze wtedy czarno-białe, lecz kolorowe, toteż na wydaniu, które posiadam, widnieje wizerunek mężczyzny z rewolwerem przedstawiony w dość żywych kolorach.

Wszystkie opowiadania łączy oczywiście postać Philipa Marlowe’a, choć to nie on występował w pierwszych wersjach opowiadań. Chandler dopiero po jakimś czasie tak właśnie określił swojego bohatera. Jaki jest Philip Marlowe? Na pewno jest… niewygodny. Z pewnością także jest irytujący. Taki wniosek można wysnuć, kiedy przyjrzymy się jego relacjom z innymi postaciami pojawiającymi się na kartach prozy Chandlera. Marlowe irytuje gangsterów, policjantów, a także kobiety. Choć te ostatnie także intryguje. Marlowe wzbudza irytację głównie poprzez dwie cechy, którymi obdarzył go pisarz. Przede wszystkim widać to na płaszczyźnie ironii, którą często się posługuje. Dialogi Marlowe’a to potyczki słowne, z których osoba nie dość inteligenta lub bez zdolności do riposty wychodzi pokonana, a tym samy zirytowana, co nie zawsze może się dla Marlowe’a dobrze skończyć. Ponadto prywatny detektyw Chandlera ma jeszcze jedną cechę, która może wkurzać. Mimo że żyje w światku przestępczym, jego metody mogą pozostawiać wiele do życzenia, to Marlowe zawsze jest po stronie sprawiedliwości. Tu warto dodać, że zgadza się to z postulatami na temat bohatera kryminalnego, które Chandler przedstawił m. in. w eseju zatytułowanym „Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych”. W postaci Marlowe’a Chandler idealnie połączył więc teorię praktyką: „We wszystkim, co można nazwać sztuką, jest pewien element odkupienia. Może to być tragedia, jeśli jest to autentyczna tragedia, ale może to być też litość i ironia albo chrapliwy śmiech człowieka. Jednakże tymi nędznymi uliczkami musi chodzić ktoś, kto sam nie jest nędznikiem, ktoś, kto nie jest ani zdemoralizowany, ani tchórzliwy. Taki właśnie musi być detektyw w powieści kryminalnej”. Co jednak wkurza bohaterów (ciekawe jak bardzo byliby wkurzeni, gdyby słyszeli myśli Marlowe’a, w których przy opisie osób bywa czasami wręcz okrutny), którzy stykają się z Marlowem, czytelnika wręcz przyciąga. Czytając, po prostu czekamy na dialogi z Marlowem, na jego riposty i grypsy.

Wszystkie opowiadania ze zbioru „Kłopoty to moja specjalność” warte są polecenia. Niemniej mnie najbardziej spodobało się ostatnie opowiadanie zatytułowane „Gorący wiatr”. Już od pierwszych stron Chandler wprowadza bowiem niesamowity klimat. Jeśli przeczytacie pierwsze zdania tego opowiadania, zrozumiecie o co chodzi. Klimat ten towarzyszy opowiadaniu do samego końca. Jest lepko, sennie, i w jakiś sposób magicznie. Zdarzenia, które następują, po prostu wiszą w powietrzu i muszą się wydarzyć. Czekają tylko na jakiś punkt zapalny. Mnie ponadto opowiadanie to przywiodło skojarzenie z prozą Brunona Schulza, gdzie niezwykle ważny jest język. U Chandlera również. Polecam więc do czytania.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s